Niekomfortowa sytuacja, w której nikt nie
chciałby się nigdy znaleźć: wchodzę do pokoju pełnego ludzi. Początkowo
wszystko wydaje się normalne, lecz tuż po chwili zaczynam dostrzegać
więcej. Wszyscy są czymś zaabsorbowani, rozmawiają trochę odmienny,
niezrozumiały sposób. Nie jestem pewien, czy znam ten język i nie mam
pojęcia, co mają oznaczać ich gesty. W głowie pojawia się tak mnóstwo
pytań, szukam odpowiedzi, zaczynam pytać kogokolwiek. Brak nici
porozumienia. Muszę się poddać i zaakceptować napotkaną sytuację.
Właśnie tak czuję się za każdym razem, kiedy słyszę o Loveless.
Do drugiej płyty My Bloody Valentine podchodziłem z ogromnymi oczekiwaniami. Przeczytałem mnóstwo opinii ludzi, którzy wychwalali ją pod niebiosa, uznawali za coś przełomowego. Wielu przekonywało, że grzechem jest nie usłyszeć tego albumu. Chciałem to jak najszybciej nadrobić... ale zaraz, zaraz. Czym jest shoegaze? W tamtych czasach byłem wystarczającym ignorantem, żeby zupełnie nie znać tego nurtu. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z pojęciem „ściany dźwięku”, zyskałem trochę inne spojrzenie na muzykę. Posłuchałem jednego z singli promujących krążek, to było trochę... inne, ale nawet ciekawe. Zdecydowałem się dać Irlandczykom szansę. Kto wie, może się polubimy?
Pierwsze dźwięki Only Shallow wzbudziły we mnie pierwsze wątpliwości. Ten początek, który później okazał się instrumentalnym refrenem... Jak to ubrać w słowa? Stado słoni ucieka z ogrodu zoologicznego przez miasto pogrążone w robotach drogowych - taki jest refren tego kawałka. Ktoś inny określił go jako słonia uwięzionego w windzie - wszędzie słonie. Zwrotki tworzą kontrast - spokojny kobiecy wokal okraszony dream popowym brzmieniem. Czuję się wtedy jakbym słuchał bajki, której historia powoli się rozpływa, w wielu momentach widać jej zniekształcenia. O wiele bardziej potrafię utożsamić się z sennymi zwrotkami niż ze wspomnianym chaosem w refrenie, który sprawia, że cały klimat zostaje kompletnie zmieniony, wszystko, do czego się przyzwyczaiłem, w jednej chwili przekształca się w ruinę.
Myślałem, że przywyknę do tej atmosfery i dalej będzie tylko lepiej. Kiedy zaczął się Loomer, od razu do głowy przyszło mi, że początek jest całkiem obiecujący. Czekam na jakieś rozwinięcie... ale ono nie nadeszło. Zostawiono mnie z mdłą ścianą dźwięku oraz niewyraźnym wokalem. Owszem, w ramach refrenu pojawia się bardziej wyrazista melodia, ale to trochę za mało. Czy może zrobić się dziwniej? Oczywiście, pokazał mi to Touched. Nawet nie wiem, czy traktować to jako utwór. Brzmi to trochę jak wypadek przy pracy, błąd, minuta materiału, która w niewyjaśniony sposób wkradła się na Loveless. Z kolei To Here Knows When to powrót do bajki z pierwszego kawałka, może bez agresywniejszych momentów. Kolejna opowieść na dobranoc, która jest zniekształcona, tym razem nie rozumiem z niej nic a nic. W tym momencie w mojej głowie zrodziło się pytanie: czy ktokolwiek słucha Loveless dla tekstów? Warstwa liryczna nie wygląda na skomplikowaną, polega raczej na malowaniu abstrakcyjnych obrazów, przekazywaniu emocji, ale czasem trudno jest jeden wers połączyć z drugim. Przyznam się, że musiałem poszukać tekstów, żeby zrozumieć z tego cokolwiek.
Nareszcie nadszedł moment, kiedy mogę Irlandczyków pochwalić. When You Sleep był tym singlem, dzięki któremu poznałem My Bloody Valentine. Wraz z pierwszymi dźwiękami poczułem przypływ energii, która ubywała mi powoli od Only Shallow. Gitary po raz kolejny sugerują pewną zadziorność, ale tak naprawdę jest to piosenka dla zakochanych. Uważam ją za najlepszą na całej płycie ponieważ najbardziej w niej czuję nocny, marzycielski klimat, którego oczekiwałem. Nawet wokale są bardziej zrozumiałe, niezwykle harmonijne. Muzycznie potrafię się tu odnaleźć - wiem, jakich elementów się złapać, żeby nie stracić koncentracji i była to dla mnie przyjemna czterominutowa wycieczka.
Wraz z I Only Said powracam na ziemię. Po wielu odsłuchach nadal jestem skłonny stwierdzić, że refren jest kakofonią, znów jest mi trochę niedobrze, tak jakby kawałek został przesłodzony. W kolejnym utworze, Come In Alone, linia melodyczna wokalu ma pewien potencjał, ale słowa znów są niezrozumiałe, a reszty brzmienia w ogóle nie kupuję. Rozumiem, że wiele z tych zabiegów mają tworzyć klimat, ale zamiast tego raczej mnie odpychają. Wielu słuchaczy rozpływa się nad Sometimes i chyba rozumiem, dlaczego. Bez wątpienia jest to jeden z lepszych momentów na całej płycie. Utwór jest jak ballada, choć wciąż jest z nami hałas gitar. Nie jest to może fenomenalne, ale nie powoduje we mnie żadnych negatywnych odczuć, to niezły kawałek.
Dobre wrażenie popsuł mi następny utwór, Blown A Wish. Nie potrafię posłuchać przez dłuższą chwilę tej melodii, zwłaszcza wokalu (o ile to jest wokal) w refrenie. Po raz kolejny staram się zrozumieć, dlaczego shoegaze w tym wydaniu jest taki mdły, dlaczego wydaje mi się być taki bez wyrazu. W Blown A Wish nie ma nic, co mogłoby mnie zainteresować albo poprowadzić przez kilka minut kompozycji. Następny w kolejce What You Want trochę podnosi poziom, przypomina mi o magii z When You Sleep, z tym że po czterech minutach zaczyna nużyć. Na szczęście ten kawałek zostaje uratowany przez końcówkę. W ostatniej minucie nie ma hałasu, żadnego szumu, tylko minimalistyczny dźwięk klawiszy (zapewne stworzony za pomocą samplera). To naprawdę magiczna minuta, zabawienie się kontrastem, z czystym sumieniem mogę przyznać, że ciarki pojawiają się na całym moim ciele. Doświadczam pewnie tego samego, co wielu słuchaczy w trakcie odsłuchu tej płyty od deski do deski. Soon, ostatni numer na płycie, wydaje się być bardziej bezpośredni niż większość albumu. Po pewnym czasie pojawiają się jednak te same problemy. Utwór jak dla mnie jest za długi i przede wszystkim brakuje mu esencji, czegoś, co przykuwałoby uwagę. Nie mogę powiedzieć, że nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie, dzieje się sporo, ale po raz kolejny brakuje mi elementu, którego mógłbym się złapać i czerpać z tej muzyki przyjemność.
To nie jest tak, że posłuchałem Loveless dwa razy, po czym zjechałem od góry do dołu i rzuciłem w kąt. Starałem się dać tej płycie szansę, podchodziłem do niej kilkukrotnie po miesiącu przerwy, ale to wciąż nie było to. Przeczytałem wiele pochlebnych recenzji, ale nie mogłem uwierzyć, że opisywane jest to samo nagranie. Ktoś mógłby mnie nazwać hejterem shoegaze’u, ale to też nie będzie prawda. Moje inne podejścia do gatunku okazały się trochę bardziej pomyślne. Niektóre albumy powiązane z tym gatunkiem mają u mnie naprawdę wysokie miejsce. Potrafiłem przekonać się do Slowdive, może ich styl odpowiada mi bardziej od hałasu. W internetowym świecie krążą memy i żarty, łączące brzmienie Loveless z chórem odkurzaczy. Dla osoby, której ta płyta nie odpowiada... tak jest naprawdę! Doceniam zaplecze Kevina Shieldsa, wiem, że on i jego zespół znają się na rzeczy, ale tego albumu docenić nie mogę. Nie mogę go nazwać nudnym, ale ma w sobie coś odpychającego, wydaje się wątły. Okładka dobrze ilustruje brzmienie - są gitary, jest niewyraźnie i cukierkowo, ale aż za bardzo. Mimo wszystko polecam zapoznać się z Loveless, choćby dlatego, że jest uznawany za płytę definiującą gatunek oraz jedno z ważniejszych muzycznych zjawisk w latach 90. Czuję się trochę dziwnie, bo to tak jakby fan nowojorskiego rapu nie przepadał za Illmatic. Nie wykluczam, że za kilka lat wrócę do tej płyty i odkryję jej fenomen, ale dziś nie ma na to szans. Tak oto pozostałem bez miłości... do Loveless.
Ocena: 5/10

No cóż, bardzo mi się podoba ta recenzja. Wszyscy się spuszczają nad tym albumem, jak i zespołem, który cwanie wydawał przede wszystkim EPki, w gorącym okresie wypuszczając tylko dwa pełnoprawne albumy. Wystarczy rozparcelować ten album na składowe, żeby dostrzec jak mało zespół miał do zaoferowania kompozytorsko. Proste piosenki, dla niepoznaki poszatkowane tak by nie były to standardowe verse-chorus-verse. Pomyśl co by się stało jakby wypuścić Shieldsa na scenę i dać mu tylko akustyka. Zmieszany wróciłby za kulisy i poprosił o konsolę zniekształceń za którą mógłby się ukryć. Wszystko zostało porozmywane i zasrane wszechobecnym reverbem. Czasem udało im się wyjść z melodią która akurat mnie nie przekonuje, ale jak to z melodiami bywa - komuś się podoba, ktoś inny może jej totalnie nie kupować, więc to nie jest argument ZA.
OdpowiedzUsuńSzukałem od dawien dawna jakiejś bardziej krytycznej recenzji tego albumu, ostatnio wyprowadziła mnie z równowagi ta:
https://pablosreviews.blogspot.com/2020/10/my-bloody-valentine-loveless-1991.html
Autor pisze coś o nostalgii, onirycznym klimacie, melodiach i odrealnieniu zapominając o abecadle którego temu zespolikowi brak - i nie ten brak jest najgorszy, a sposób w jaki próbują to zamaskować. Ride też nie byli wirtuozami swoich instrumentów ale potrafili zagrać to bezpretensjonalnie i nie udając czegoś czym nie było. Zresztą nie ma co się pastwić nad recenzją z linka, bo autor co i rusz odwołuje się do czysto subiektywnych doznań.
Pozdrawiam i pisz więcej, bo brak dzisiaj prężnie działających serwisów, których autorzy nie polecieli w stronę dziwadeł zapominając totalnie o rocku i metalu.