Znów znajduję się w tym miejscu, znów planuję przeanalizować Malibu.
Kiedyś już to robiłem, ale postanowiłem anulować tamtą próbę. Dlaczego? Pisałem
recenzję w środku zimy, całkiem surowej jak na te rejony… i czułem, że robię
coś niewłaściwego. Wprawdzie muzyka Andersona .Paaka rozgrzewała mnie w te
długie wieczory, lecz wciąż brakowało do niej atmosfery. Tak oto wracam, tuż
przed rozpoczęciem lata, aby podzielić się krążkiem, który mógłby emitować
własne światło. Pojawił się dość przypadkowo - całe szczęście, że dałem szansę
ostatniej płycie Dr. Dre.
wtorek, 20 czerwca 2017
piątek, 16 czerwca 2017
Recenzja: Danny Brown - XXX
Dualizm osobowości to nic nowego w muzycznym świecie ani na hip
hopowej scenie. Posłużmy sie przykładem Eminema: przeciętny fan umie rozpoznać,
kiedy wypowiada się Marshall a kiedy robi to Slim. Sięgnijmy do rockowej
rzeczywistości, gdzie słuchacze rozróżniają wypowiedzi Vincenta od występów
Alice oraz w którym miejscu kończy się codzienność Briana a zaczyna broić
Marilyn. To podstawowe przykłady ukazujące świadomość, że za artystyczną
kreacją ukrywa się człowiek, którego charakter niekoniecznie łączy się z tym,
co widoczne jest na scenie. Wracając do Eminema, nie przypominam sobie, żeby
jego charaktery łączyły się na nagraniu w jedną postać. Postrzegałem je zawsze
jako inne osoby. Ale jest pewien raper, również z Detroit, który rozdwaja się
przed mikrofonem. Różnica polega na tym, że na XXX Danny Brown nieustannie
pozostaje sobą.
sobota, 13 maja 2017
Recenzja: Sun Kil Moon - Universal Themes
Wraz z wydaniem „Benji” Mark Kozelek zapoczątkował co najmniej jeden
trend zauważalny w swojej twórczości. Pierwszy z nich to styl okładek albumów,
który powędrował w stronę otwartych krajobrazów i codziennych scen bez udziału
ludzi (oprócz pierwszego wspólnego krążka z Jesu). Drugi trend zawarty jest w
warstwie lirycznej, która już na płycie z 2014 roku wydawała się bardziej
przyziemna w porównaniu z dokonaniami Marka na początku kariery. Na Universal
Themes muzyk urodzony w Ohio idzie o krok dalej: jego wersy coraz częściej
przypominają prozę życia niż standardowe teksty piosenek.
piątek, 5 maja 2017
Recenzja: Slowdive - Slowdive (2017)
Przez pewien czas wszystkie informacje o powrocie Slowdive nie
traktowałem za poważnie. Wydawać by się mogło, że reunion jednego z lubianych
przeze mnie zespołów powinien wywołać natychmiastową radość, ale wieści szybko
rozmyły się wśród innych, pozostawiając podstawowy komunikat: że coś kiedyś
może nastąpić. Może, ale nie musi. Fakty dotarły do mnie dopiero w styczniu
tego roku, i to w jakim stylu. Grupa z Reading uderzyła mnie pierwszymi
dźwiękami singla „Star Roving” i wbiła do głowy, że chciałbym usłyszeć, co
zdołała stworzyć po 22 latach od zawieszenia działalności.
środa, 26 kwietnia 2017
Recenzja: The Cure - Pornography
(Część pierwsza - smutek)
(Część druga - depresja)
Część trzecia - szaleństwo
Część trzecia - szaleństwo
Do Pornography powraca mi się najciężej i mam tu na myśli nie tylko
niniejszą trylogię The Cure, lecz także całą dyskografię. Za każdym razem muszę
zadać sobie szczere pytanie: czy jestem w stanie podejść do kolejnego odsłuchu?
O ile Seventeen Seconds i Faith można porównać jako siostrzane płyty, bo nawet
przejście pomiędzy jedną a drugą wydaje się płynne, o tyle Pornography odcina
się o wspomnianej dwójki gwałtownym uderzeniem topora. Kurtyna odkrywa trzeci
akt tej długiej opowieści - burzę, która bez zapowiedzi rozpętała się na
teatralnej scenie.
sobota, 18 lutego 2017
Recenzja: The Cure - Faith
(Część pierwsza - smutek)
Część druga - depresja
To samo przedstawienie, ci sami aktorzy, ale całość prezentuje się tak
jakby inaczej. Chłód zaczyna być wypierany przez przymrozek, obraz ciemnieje, a
obserwację dodatkowo utrudnia gęsta
mgła. Choć pierwszy basowy pomruk nie jest drastycznym odejściem od pierwszej
części spektaklu, dość łatwo odnieść wrażenie, że pomyliło się sale. Ostatnio
byliśmy przecież otoczeni młodzieńczą nostalgią, a teraz rozpływamy się
klimacie niemalże sakralnym. Seventeen Seconds, poprzedni album The Cure,
opowiada garstkę smutnych historii, ale jednocześnie stanowi dopiero zwiastun
tego, co czai się tuż za rogiem. Na Faith Robert Smith zanurza siebie, a także
wszystkich wokół, jeszcze głębiej w oceanie rozpaczy, gdzie szanse na ujrzenie
światła słonecznego drastycznie maleją.
wtorek, 22 listopada 2016
Recenzja: The Cure - Seventeen Seconds
Część pierwsza -
smutek
Gdzie ten The Cure z 1979 roku? Skoczne rytmy, tak idealne, by potupać
nóżką; punkowe zacięcie kąsające zewsząd słuchacza, które jednocześnie namawia
do rozrywki i szaleństw na koncertach; Hendrixowe covery niepodobne do
twórczości Hendrixa; nagraniowe cudactwa pełne brytyjskiej flegmy; losowe
okładki pozujące na głębokie i do interpretacji słuchacza... Gdzie to wszystko
zniknęło? Czy Robert Smith postradał zmysły? I tak, i nie. Zacznijmy jednak od
tego, że nagrania z tamtej dekady to ani trochę nie jest The Cure. Słuchacze
zostali zrobieni w konia za pomocą skeczu o trzech zmyślonych chłopcach. Po
rocznym antrakcie brytyjska grupa wyszła na scenę z prawdziwym przedstawieniem
enigmatycznie zatytułowanym Seventeen
Seconds.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






